Piotr Szewc. Przejście

Spis treści numeru 3/2026

Przejście

(…) A pani taka sama, jak panią zapamiętałam, ani jednaj zmarszczki więcej czy siwizny, która pojawiła się dawno temu, to zauważyłam, nad czołem pod chustką. Możemy usiąść – piękne wokół nas widoki, inne niż zagony, drogi, krzywe jabłonie – albo pójść, dokąd nas oczy poniosą, swobodne i od siebie, tych sprzed lat, uwolnione, opowiedzieć sobie nasze życie, dopytać o to, czego nie wiedziałyśmy, sprawdzić, jak dobrym gospodyniom przystało, czy wszystko w naszych stronach w porządku. Nikt nam nie skąpi czasu, ale czy to znaczy, że mamy go za dużo? Tego nie wiem. I pytam samej siebie: czego tu ci, Haniu, brakuje, że tak często myślisz o tym, co zostawiłaś? Dojenia krów, noszenia wody ze studni, zwożenia snopów zboża? Czyś rzeczywiście uwolniona? Za mało się napracowałaś, za mało się nacierpiałaś? Kiwa pani głową, to znaczy, że mnie pani rozumie. A może i pani podobnie myśli o tym, co minęło. Takie było nasze życie, nie my je sobie wybrałyśmy. Ach, to przytupywanie na mrozie, gdy autobus nie nadjeżdżał, chuchanie w dłonie i tylko jedna myśl: czy przyjedzie, a już się spóźnia prawie godzinę, bo muszę być w mieście, choćby mi przyszło jeszcze tyle samo czekać. Ale nie narzekałam, pani też nie. Nikt nam nie powiedział, że może być inaczej. Ani radio, ani telewizor, ani sąsiad. Może ksiądz, ale ten lubił mówić zawile, a ja mimo że się starałam go zrozumieć, przeważnie błądziłam, obwiniałam się, że gubi mi się, nie dość pojętnej, wypuszczona przez niego wstęga nauk, napomnień i obietnic. Nie byłam w stanie, choć się starałam, za nią nadążyć. Biedna ja, myślałam wtedy, a byłam pewna, że każdy chodzi z głową pełną niepewności i niepokoju, kto jednak takie rzeczy może wiedzieć. Pamiętam nieurodzaj w jednym roku – jak wykarmić trzy krowy? Wiem, że pani mnie rozumie, a to dużo. Zadręczałam się z moim Pawłem – co zrobić? Trzeba jedną sprzedać, ale którą? Każdej żal, bo wszystkie mleczne. Tak się tym martwiłam, jakby od krowy zależały losy świata. Niepotrzebna przesada. No ale od krowy, od tego, czy ją sprzedamy czy nie, zależał los gospodarstwa, czyli i nasz, naszych dzieci. Bo krowa to poważna sprawa. Dla dwóch mało siana, zboża i buraków, cóż dopiero dla trzech. Takimi sprawami wtedy żyłam, jeszcze młoda, prosta kobieta; bardziej czułam, niż rozumiałam. Przeminęło, odpłynęła ciemna chmura. Postanowiliśmy z Pawłem, że się zapożyczymy, że będzie biednie, ale krowy nie sprzedamy. Stróżu mój, kto wiedział lepiej od ciebie, że się uda. Bo się udało. Było ciężko, ale żadnej krowy nie sprzedaliśmy. Teraz, w miejscu, w którym spotkałyśmy się, patrzę na te sprawy – aż mnie korci, żeby powiedzieć, że z innego świata – inaczej. Ze spokojem. Prawda, pani Władziu, że to jak pył w zawierusze spraw i czasu? Bo mnie tak się wydaje. Mówię o tym z ulgą, że to za mną i że tylko raz się zdarzyło. Zieleń wokół radosna, jak wiosenna, no i tyle tego w różnych odcieniach błękitu, który zawsze lubiłam. Idziemy sobie, dokąd chcemy, bez obawy, że się zgubimy, ja wspominam, pani słucha, czasem kiwa głową. Wyznam pani, najszczerzej jak potrafię, że brakuje mi tego, co było. Na przykład piania kogutów, a miałam ich kilka. Piękne, czerwone. Tłukły się między sobą, rządziły podwórkiem, jeden ważniejszy od drugiego. Koguty piały od rana i życie się toczyło, jak furmanka po nierównej drodze. Miało swoją urodę, smak zsiadłego mleka, dźwięczało, mieniło się kolorami. Innego nie znałam, o co nie miałam, niech mi pani wierzy, do nikogo żalu. Albo bez, dużo go rosło w moim obejściu, nie mogłam się doczekać, aż biało i fioletowo wybuchnie w maju – wybuchnie, przez kilkanaście dni nacieszy oczy i zgaśnie. Tu też mamy bez, ten nie przestaje kwitnąć, jakby maj trwał cały rok, ale czy jest taki sam jak tamten, czy tak samo pachnie? Jeszcze tęcza – tak wielka, jakby opasywała cały powiat. Kto się posłużył tęczą, zastanawiałam się, żeby tak objąć i wziąć w posiadanie okolicę, wioski, które znałam, parafię? Jednym krańcem oparta w Rozdołach, drugim w Jarosławcu, pod jej ramionami Sitno i Stabrów, trochę miłosna zdała mi się ta zażyłość. Miałam swoją tajemnicę: sprawdzałam w myślach, czy nie ubyło w tęczy któregoś koloru. To bym miała zmartwienia, gdybym się nie dopatrzyła wszystkich. Może pani zgadnie, ubyło kiedykolwiek któregoś? Jest co wspominać, prawda? Mam teraz, jak i pani, czego dusza zapragnie, a przecież ona wcale nie jest zachłanna. Niech jej wolno będzie zatęsknić i nieśmiało wyznać, że posłuchałaby jeszcze kogutów i powąchała bzu, a później jaśminu. No ale nie wolno przechodzić bez przyzwolenia stąd tam i stamtąd tu. Tak pewnie lepiej, bo dziwne byłoby to przejście. Chcę być sprawiedliwa: czy nie ważniejsze od kogutów, bzu i tęczy jest to, że mogę spotkać się z panią i z tyloma jeszcze osobami? Z rodzicami, kuzynami, sąsiadami, z nauczycielką i księdzem, który mnie ochrzcił, z ludźmi, których kochałam lub tylko znałam – a każdy z nich miał imię, nazwisko, czymś się zajmował, coś lubił, przed czymś starał się ustrzec… Tak bardzo chciałabym ich o coś zapytać, popatrzeć, dotknąć… Wszystko to takie prawdziwe i również moje. Ludzie i ich sprawy rozproszone, a bliskie sobie, jak kłosy w snopie. Zdarzało się, że rozwiązało się w snopie powrósło lub pękł sznurek. Kłosy wysypywały się, już każdy osobno, kłopot, bo za dużo powiedzieć nieszczęście. Trzeba było je zebrać, na nowo związać, żeby się nic nie zmarnowało. Śmiałby się nazwać gospodarzem ten, który by tak nie zrobił? Chyba nie może być lepiej, przyzna pani, by to, co żyło osobno, w rozproszeniu, a nawet w zapomnieniu, mogło, gdy przyjdzie pora, być razem. Cóż wspanialszego może nas i rzeczy minionego świata spotkać. Niepojęte to dla mnie, a jednak coś już o tym wiem, choć pewnie nie wszystko. No i pani wie, a to znaczy, że to nie fantazje, tylko tak się naprawdę dzieje. O czym to my rozmawiałyśmy, gdyśmy się spotykały? Zawsze przypadkiem, to tu, to tam, bo przecież telefonu nie było, a chciałyśmy wiedzieć, co się wśród naszych bliskich dzieje. Znajome, a jak siostry, jedna drugiej nieba by uchyliła… Ale nie wiem, czy rozmowy, czasem w pół zdania urwane, bo ktoś zawołał albo autobus nadjechał, da się dokończyć, czy warto to, czym żyłyśmy, a co obumarło, wynieść na powierzchnię i uczynić ważnym, jak ważne było wtedy. I czy tego, co nie przynosiło nam chwały, co było wstydem albo głupstwem, nie należałoby zostawić tam, gdzie się poczęło, niech sobie będzie niepotrzebne i ukryte przed światem? Ach, co też mi, pani Władziu, przychodzi do głowy, nie mówmy o tym, co mnie teraz trapi bardziej niż kiedyś. Nie naprawimy dziurawego garnka, nie zawrócimy do ust krzywdzącego słowa. Wielu rzeczy nie wiedziałam, coś przeczuwałam lub czegoś się domyślałam, ale tak chyba miało być, już ich nie rozgrzebię, nie nazwę. Odpadły jak łuska. Uśmiecha się pani, a to znaczy, że mnie pani rozumie, już to powiedziałam. Dziękuję, tego mi potrzeba, żebym nie była sama. No a teraz, niech mi pani wierzy, właśnie teraz zapachniały mi róże, które rosły przed domem w ogródku. Niechby mnie pokłuły, wcale by mi to nie przeszkadzało, ale objęłabym je rękami, zebrała i zanurzyła w nich twarz. I nie przestawałabym wąchać, cieszyć się ich zapachem, bo żadne inne nie pachniały tak delikatnie i pięknie, jak te sprzed mojego domu.

(…)

Całość w wydaniu papierowym i na www.nexto.pl albo www.e-kiosk.pl

Wpłać dowolną kwotę na działalność statutową.
"Akcent" jest czasopismem niezależnym. Wschodnia Fundacja Kultury -
współwydawca "Akcentu" utrzymuje się z ograniczonych dotacji
na projekty oraz dobrowolnych wpłat.
Więcej informacji w zakładce WFK Akcent.